Kto kocha bardziej intensywnie

Studio YaYo: Jesteśmy coraz gorsi, czyli coraz lepsi. Jeśli ludzie mają nas za idiotów, to po co wyprowadzać ich z błędu?

2016.07.16 10:21 SoleWanderer Studio YaYo: Jesteśmy coraz gorsi, czyli coraz lepsi. Jeśli ludzie mają nas za idiotów, to po co wyprowadzać ich z błędu?

http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20404619,studio-yayo-jestesmy-coraz-gorsi-czyli-coraz-lepsi-jesli.html#TRwknd
Mateusz Witkowski
"Pękły mi oczy", "oto kabaret dobrej zmiany" - to niektóre z komentarzy dotyczących Studia YaYo. Wystarczył jeden odcinek kabaretu, żeby internet zawrzał. O tym, czy rzeczywiście mamy do czynienia z najgorszą produkcją satyryczną w historii rozmawiamy z prowadzącymi - Pawłem Dłużewskim i Ryszardem Makowskim. To może zacznę od żartu. Gdy dowiedziałem się, że będziemy rozmawiać w restauracji Borówka, poczułem zaniepokojenie.
Ryszard Makowski, Paweł Dłużewski: Dlaczego?
Bo bałem się, że na dziennikarza z Gazeta.pl będą czekać BOR-owcy. Borówka, BOR-owcy... Fatalne, prawda?
R.M.: Nie, dlaczego? Całkiem dobry żart.
P.D.: Akurat satyra polityczna w Polsce niedomaga, więc na tym tle to jest całkiem dobre!
Dziękuję za łaskawość i zrozumienie. A czy panowie, jako twórcy Studia YaYo, czują się niezrozumiani?
R.M.: Nie, dlaczego? Wręcz przeciwnie! Wczoraj rozmawiałem z Łukaszem Warzechą, który stwierdził, że to naprawdę nie lada sztuka sprawić, że program już po pierwszym odcinku staje się kultowy.
P.D.: Zaskakujące jest raczej to, że dostajemy od niektórych widzów wyrazy współczucia. Nie ma takiej potrzeby. Robimy to, co robimy, a ludzie reagują na to w rozmaity sposób. To jest świetne.
Kadr z programu Studio Yayo Kadr z programu Studio YaYo R.M.: Pamiętajmy, że nasz polski internet należy do najbardziej agresywnych na świecie. Jeżeli już mamy kogoś pochwalić, to raczej zabieramy się do tego niechętnie. Ale pojechać? Proszę bardzo. Przy okazji: mój znajomy pracujący w Google poinformował mnie, że w pewnym momencie co drugie wyszukiwanie w Polsce dotyczyło Studia YaYo.
Właśnie - jako że TVP nie wrzuca odcinków na YouTube, nie do końca wiadomo, ile osób ogląda panów program. Panowie wiedzą?
P.D.: Też nie znamy dokładnych danych. Wiemy natomiast, że popularność Studia YaYo jest ogromna. A to już nie lada osiągnięcie - w końcu wystartowaliśmy w telewizji regionalnej, która z założenia jest niszowa i ogląda ją garstka osób. Zadziałał efekt szoku: z jednej strony ostra, cięta satyra polityczna, a z drugiej - zupełnie inna, niespodziewana estetyka. Połączenie tych dwóch czynników okazało się skuteczne, rozpętała się burza.
To połączenie budzi uczucie, które należałoby nazwać skonfundowaniem.
R.M.: O to nam chodziło - o mylenie tropów.
To zapytam pokrętnie: panowie żartują, czy też żartują panowie, że żartują?
R.M.: Odpowiem w ten sposób: uprawiamy kabaret od wielu, wielu lat. Gdybyśmy nie wiedzieli, co robimy, to naprawdę źle by to o nas świadczyło. Ale jeśli niektórzy chcą nas uważać za idiotów, to czemu mielibyśmy ich wyprowadzać z błędu? (śmiech)
P.D.: Z drugiej strony nasze działanie jest zupełnie intuicyjne. Formułujemy taki, a nie inny przekaz i czekamy na odbiór.
R.M.: Zresztą nowatorska sztuka od zawsze budziła konsternację!
Zgoda, jeśli jednak przypomnimy sobie inne polskie programy, w których celowo pogrywano stylistyką nieśmiesznego żartu, na przykład „Komiczny Odcinek Cykliczny”, to stwierdzimy, że w tamtych przypadkach reguły gry były dla odbiorcy dość jasne. Czuliśmy konwencję.
P.D.: O to właśnie chodzi. To, że widzowie nie są w stanie odpowiedzieć sobie w naszym wypadku na pytanie, czy robimy to celowo i czy działa to na naszą korzyść, czy odwrotnie, to dowód na to, że Studio YaYo jest dobrze zrobione.
R.M.: Przyznam, że mam poczucie sukcesu. Dziesięciominutowy program wyświetlany w niszowej stacji, podczas Euro 2016, który zdobył tak wielką popularność? To duża rzecz. Oczywiście pojawiają się różne skrajne głosy, które chcąc nie chcąc biorą udział w promowaniu programu. Na przykład moi koledzy z kabaretu OT.TO, wydając oświadczenie, że nie mają ze Studiem YaYo nic wspólnego, też nas wspomogli. (śmiech) Żyjemy jednak w świecie szybkich mediów i szybkiej informacji. Najważniejsze, że fama się niesie.
P.D.: Dziś, aby się przebić, należy wywołać szok. Zawsze jest to obarczone jakimś ryzykiem.
Kadr z programu Studio Yayo Kadr z programu Studio YaYo A propos różnych głosów i opinii: widzieli panowie film Szymona Majewskiego na temat Studia YaYo?
R.M.: Oczywiście. Muszę przyznać, że panu Szymonowi całkiem dobrze to wyszło. Z jednym zastrzeżeniem: wybrał sobie tylko niektóre elementy, czyste „yaycowanie”. Pominął zupełnie cięższe tematy, takie jak choćby KOD.
P.D.: Cóż, każdy z krytyków dobiera sobie te elementy, które wydają mu się wygodne, i to na nich się skupia.
Porozmawiajmy w takim razie o genezie programu. Panów drogi zawodowe i życiowe przecinają się już od dawna.
P.D.: Cały czas wchodzimy wraz z Ryszardem w skład kabaretu Pod Egidą. Prawdę mówiąc, moim żywiołem są występy z publicznością, monologi satyryczne i parodie, które zupełnie zniknęły z telewizji. Mam poczucie, że jest coraz mniej możliwości, aby się realizować.
R.M.: Ja w telewizji okresu rządów PO byłem zresztą zakazany.
P.D.: Studio YaYo to wynik spotkania naszych dwóch, bardzo odmiennych osobowości. Różnimy się z Ryszardem usposobieniem, światopoglądem i nie tylko.
R.M.: Paweł na przykład nie pozwala mi „yaycować”. Niech pan zrozumie, ja mam poważne problemy zawodowe!
P.D.: Zobaczymy, co będzie dalej z Ryśkiem: widzę go na przykład w stroju baleriny, albo w peniuarach...
R.M.: W każdym razie: mieliśmy w ostatnich latach niewiele możliwości, aby realizować się telewizyjnie. Zaproponowałem dyrektorowi TVP 3 realizację takiego właśnie programu: z monologami, parodiami, piosenkami i poszło... Chciałem w każdym razie, żeby w nazwie było „jajo”.
I tu się przyczepię. W programie „Wolne głosy” mówił pan swego czasu o irytującej tendencji do emitowania programów o anglojęzycznych nazwach - na przykład „Voice of Poland”. I tutaj zgoda, w takim razie jednak: dlaczego „yayo”? Żeby było większe... jajo?
R.M.: Jakoś mnie tak olśniło, że powinno być przez „y”. Poza tym nie znam takiego angielskiego słowa jak „Yayo”. To jest nasz autentyczny wkład w kulturę światową.
P.D.: Mnie się te dwa „y” skojarzyły z dwoma kieliszkami, nawet chcieliśmy przez chwilę, żeby graficy zaprojektowali to w ten sposób. Ale jakoś to nie przeszło.
R.M.: Może i dobrze, bo gdybyśmy dodali jeszcze do tego alkohol... Abstynenci by się do nas przyczepili. W każdym razie: przez „y” wydawało się to mniej ordynarne.
Skoro już jesteśmy przy stronie wizualnej: ta scenografia to, przepraszam panów, kompletny paździerz.
P.D.: Tak właśnie miało być. Pod względem estetyki nawiązujemy do wczesnych lat 90.
R.M.: Nie ukrywajmy też, że program jest dość niskobudżetowy.
Zastanawiałem się właśnie, na ile to kwestia budżetowa, a na ile wybór estetyczny.
P.D.: Jedno wynika tu z drugiego!
R.M.: Ja mam w ogóle wrażenie, że tego rozmaicie rozumianego paździerza powinno być więcej. Za rzadko się mylimy, a gdy się już pomylimy, to poprawiamy i tak dalej. Całość powinna być bardziej naturalna. Problem polega też na tym, że czytamy z telepromptera, więc mamy czasem trochę martwy, rybi wzrok.
Wracając do scenografii: na początku pojawił się pomysł, abyśmy siedzieli przy stolikach. Nie chciałem się na to zgodzić, bo mam za duży brzuch, źle by to wyglądało. Znaleźliśmy takie dwie „mównice” i postanowiliśmy je wykorzystać. Nie było tu jakichś wielkich narad.
Kadr z programu Studio Yayo Kadr z programu Studio YaYo Tego ducha improwizacji jest w Studiu YaYo całkiem sporo. Weźmy choćby plansze oddzielające poszczególne segmenty programu. Widać, że użyto kroju pisma, w którym nie ma polskich znaków i trzeba było „doklejać” litery.
R.M.: Też na to ostatnio zwróciłem uwagę! Nie jesteśmy jednak purystami, te małe niedociągnięcia tu pasują.
P.D.: Podkreślają całą konwencję.
A może panowie się teraz asekurują? Zrobili panowie zły program, spadła na was fala krytyki, a teraz mówią panowie: to tak miało być.
R.M.: A co mamy mówić? (śmiech)
P.D.: Tak zupełnie poważnie: jeżeli ktoś myślał, że uważamy żarty takie, jak ten o kawie i ciasteczkach, za naprawdę dobre dowcipy, to coś tu jest chyba nie tak. W każdym razie: nie zwalniamy tempa, rozwijamy się. Wydaje mi się, że z odcinka na odcinek jesteśmy...
R.M.: Jesteśmy coraz gorsi!
P.D.: Coraz gorsi, czyli coraz lepsi. Kto wie, co wydarzy się dalej? Może Rysiek poślizgnie się na skórce od banana?
R.M.: Program nazywa się „Studio YaYo”, rozpoczyna go piosenka ze słowami „Studio YaYo, co oni tam nadają, aż ręce opadają...” i tak dalej. Takie credo ostrzega i naprowadza na to, czego można się spodziewać po tym programie. Jeśli chodzi natomiast o pisanie piosenek, zajmuję się tym już od dawna i nie przechwalając się ponad konieczność, wiem, że mam rękę do chwytliwych melodii. Czasem nawet żal mi tej muzyki, bo większość publicystycznych piosenek ma bardzo krótki termin przydatności. Przymierzam się aktualnie do nagrania płyty z utworami, które nie są obarczone ładunkiem ideologicznym.
P.D.: Maaaało prawdopodobne, proszę zapisać: maaaało prawdopodobne.
Słyszałem wielu przeciwników rządów PiS, którzy twierdzili, że jedyną „dobrą zmianą” będzie ograniczenie emisji polskich kabaretów. Niektórzy dodają teraz: ale w zamian dostajemy Studio YaYo.
R.M.: W wypadku polskich kabaretów emitowanych w telewizji w ostatnich latach mieliśmy do czynienia ze swego rodzaju zamkniętym obiegiem finansowym i towarzyskim, dlatego w kółko występowali ci sami ludzie.
P.D.: Ja się od tego o „zamkniętym obiegu” odcinam.
R.M.: Potrzebna była alternatywa. Skoro w piątek, sobotę i niedzielę puszcza się kabaret ludyczny, to dlaczego nie puścić by w poniedziałek czegoś innego?
P.D.: Z tym się zgadzam. Te względnie młode kabarety miały i mają swoją publiczność - i w porządku, niech tak będzie. Trzeba jednak zaproponować ludziom też coś o innym charakterze.
Pana też dotknął ostracyzm, o którym mówił pan Ryszard?
P.D.: Wielokrotnie słyszałem: Paweł, występujesz w kabarecie Pietrzaka i masz łatkę PiS-owca. Myślałem wtedy: na Boga, ja w życiu nie deklarowałem, że jestem zwolennikiem PiS-u. W ogóle nie uważam, żeby satyra czy kabaret były okazją do manifestowania poglądów. Po obu stronach sceny politycznej mamy festiwal zjawisk, z których można się śmiać. I róbmy to.
Mam ochotę zapytać: skoro tak pan uważał, to co w takim razie się zmieniło? Ten pluralizm nie jest w Studio YaYo wyczuwalny.
R.M.: To może ja odpowiem. Muszę przyznać, że swego czasu byłem naprawdę wielkim zwolennikiem koalicji Platformy oraz Prawa i Sprawiedliwości, czyli „POPiS-u”. Miałem okazję pełnić przez jakiś czas funkcję dyrektora Domu Kultury Praga. Gdy władzę w mieście przejęła pani Gronkiewicz-Waltz, zostałem zwolniony. Wtedy Platforma niejako wypowiedziała mi wojnę. A jak wojna, to wojna.
Poszło o piosenkę „Platforma cię kocha?”.
R.M.: W dużej mierze tak, choć wtedy dotknęły mnie po prostu ogólne czystki. No i przez kolejne lata trochę się z Platformy nabijałem. Chciałem nawet wystąpić z piosenką „Platforma cię kocha” na festiwalu w Opolu, ale w 2008 roku, nawet w PiS-owskiej telewizji, to nie było możliwe. PO było wówczas w takim natarciu ideologicznym, że wszyscy podchodzili do tego typu gestów z dużą ostrożnością.
Zapytałem swojego kolegę z KRRiT, dlaczego tak jest: w końcu mam w swoim repertuarze różne piosenki, również niezwiązane z polityką. Kolega skontaktował się z panią, która podejmowała w telewizji decyzje dotyczące tego, kto może zostać dopuszczony do występu. Pani spotkała się ze mną i stwierdziła: „Ja nie mogę cię puścić, bo ty śpiewasz PiS-owskie piosenki”. Zapytałem: „Jakie?”. Odpowiedziała: „Platforma cię kocha”. Po chwili dotarło do niej, co powiedziała i dodała: „W tych czasach to jest PiS-owska piosenka”. Proszę mi wierzyć: jestem przeciwnikiem jakiegokolwiek „niedopuszczania”. Gdy byłem dyrektorem DK Praga, występowali u mnie różni artyści.
A ja mam panom za złe, że kończy się tylko na deklaracjach. Bo tej otwartości na naśmiewanie się z jednych i z drugich wcale się w Studio YaYo nie czuje, przeciwnie. Dlaczego nie chcecie być panowie błaznami?
P.D.: Co dokładnie ma pan na myśli?
Mam na myśli taką sytuację, w której satyryk naśmiewa się z władzy po to, aby uświadomić jej ewentualne braki i uchronić przed popadaniem w samozachwyt. Wobec obecnego rządu są jednak panowie szalenie delikatni.
P.D.: Częściowo się z panem zgadzam, zresztą jest to częsty temat naszych dyskusji. Było jednak u nas parę żartów z premier Szydło, z ministra rolnictwa czy ministra Macierewicza, na przykład ten o korwecie „Gawron”, która jest zupełnie niewidzialna dla radarów, ale i dla dziennikarzy czy załogi. Taki pluralizm jest potrzebny. Z drugiej strony, osobowość Ryśka jest tak silna, że trudno mi niektóre żarty przeforsować - ale to długo nie potrwa, obiecuję! (śmiech)
R.M.: Może to zbyt daleko idące porównanie, ale PO była dla mnie ekipą, która chce ukraść auto, PiS natomiast chce je naprawić. Co prawda są w jego szeregach politycy, za którymi nie przepadam, ale moim zdaniem reformy wprowadzane przez obecną partię rządzącą i władze są czymś korzystnym. Jeżeli znajdzie się coś zabawnego związanego z PiS-em, to chętnie się z nich pośmieję.
Naprawdę jeszcze nic takiego się nie znalazło?
R.M.: Aż tak dobrze nie szukałem. Ale jest Paweł, może poszukać.
P.D.: Obiecuję! Siedzi we mnie jednak głęboko fakt, że PO zawiodło całe społeczeństwo. Zresztą to, co robią obecnie: posługiwanie się „zużytymi” twarzami, spory wewnętrzne, to przecież strzały w stopę, trzeba się z tego śmiać. Co do PiS-owskich reform: ich pomysły są bardzo chwytliwe i obiecujące, ale trudno mi sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać ich realizacja za rok czy dwa lata.
R.M.: Osobiście trudno jest mi się śmiać z programu 500+, który wielu rodzinom najzwyczajniej w świecie pomógł. Zresztą tych, którzy lubią śmiać się z PiS, jest naprawdę sporo.
Zupełnie rozumiem rozczarowanie Platformą oraz potrzebę nabijania się z niej. Niezależnie od deklaracji: przy takich „proporcjach” żartów dotyczących jednych i drugich i tak śmieją się panowie z PO pod sztandarem PiS-u.
R.M.: Ale mnie to wcale nie przeszkadza!
P.D.: A mnie tak! (śmiech) Proszę mi wierzyć, to nie są żarty, my się naprawdę bardzo często kłócimy i nie zgadzamy.
R.M.: Ja już i tak dostałem łatkę PiS-owca, więc czemu mam na siłę się od tego odżegnywać?
A to nie jest jednak trochę odmrażanie sobie uszu na złość mamie? W końcu społeczeństwo jest już wystarczająco „pęknięte”, a przekaz, jaki płynie ze Studia YaYo, jeszcze tę przepaść pogłębia, antagonizując odbiorców.
R.M.: Ale to pęknięcie jest robione specjalnie. Między innymi pana gazeta też ma w tym procederze pewne zasługi.
Cóż, mógłbym i chciałbym tutaj polemizować, ale po prostu uszanuję pana punkt widzenia. To inaczej: nie boją się panowie utraty wiarygodności jako satyrycy?
R.M.: A istnieje w ogóle coś takiego jak „satyryczna wiarygodność”?
Moim zdaniem tak: odbiorcy odróżniają satyryków od trybunów danych partii.
P.D.: Rzecz polega chyba na tym, że partia rządząca robi obecnie wszystko, czego można było się po niej spodziewać. Jeżeli ktoś jest zdziwiony, że ministrem sprawiedliwości został Zbigniew Ziobro, a szefem resortu obrony jest Antoni Macierewicz, to znaczy, że kompletnie nie zna się na polityce. Działania PiS-u wydają się przewidywalne. No bo cóż nowego oni robią? Czy Jarosław Kaczyński zmienił swoje poglądy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat? Nie. Dziś opozycja udaje zaskoczoną, ale gdy trzeba było przekonywać wyborców, leniuchowała.
R.M.: Nie ukrywam, że prezydent Andrzej Duda również bardzo mi odpowiada. Pomijając poglądy polityczne - podoba mi się jego wizerunek, zachowanie w sytuacjach publicznych.
P.D.: Ale do kwestii merytorycznych można by się przyczepić.
R.M.: Jakich?
P.D.: Na przykład to, jak łatwo i bezkolizyjnie przeszedł w swojej retoryce od Polski w ruinie do Polski sukcesu...
Kadr z programu Kadr z programu "Studio YaYo" To dlaczego nie wpuścić by nieco z tych zastrzeżeń na antenę? Czy nie jest tak, że satyra musi być antyestablishmentowa?
R.M.: Ja tak wcale nie uważam.
Czyli lepiej być dworskim poetą, a nie błaznem?
R.M.: Jeśli pan woli, żeby satyryk był błaznem, to ma pan do tego prawo. Ja nie jestem niczyją własnością. Zresztą to też nie do końca tak: swego czasu pisałem piosenki, w których śmiałem się i z PiS-u, i z Platformy (choć przyznam, że te o PO były lepsze). Później poszedłem na wojnę z PO. I to w czasach, kiedy PiS nie miał racjonalnych szans na wygraną. Obecnie, być może z rozpędu, jestem jeszcze na etapie rewolucyjnym.
P.D.: I proszę teraz zrozumieć moją sytuację: ja występuję z żołnierzem (śmiech).
R.M.: No dobrze, to zostawmy Platformę. Natomiast KOD wydaje mi się czymś bardzo nieuczciwym, bo zawłaszcza pojęcia i symbole, które były dla mnie kiedyś ważne. Dobrze pamiętam Komitet Obrony Robotników i jego wpływ na zmianę mojej świadomości, wtedy studenta. Dlatego taka przebieranka jako rzekoma obrona demokracji, która ma się u nas lepiej niż kiedykolwiek, wywołuje mój intensywny sprzeciw.
P.D.: Przecież PiS też zawłaszcza sobie różne pojęcia, np. patriotyzm.
R.M.: Ale krytyka KOD-u nie może chyba dziwić. To nie jest jakaś tam spontaniczna inicjatywa powstała na Facebooku, tylko przedsięwzięcie dokładnie zaplanowane przez tęgie głowy, aby zdestabilizować sytuację w kraju. Na razie to się na szczęście nie udało.
A co z posądzeniami o antysemityzm? W drugim odcinku wykonał pan piosenkę dotyczącą banksterskiej nieuczciwości, w której pojawiły się sformułowania takie jak „cymes geszeft” i „lichwa”, a także nazwisko „Rothschilda”. W trzecim odcinku przeprosił pan urażonych - szczerze?
R.M.: Jak najbardziej. To miała być niewinna piosenka, jednak rzeczywiście, jeśli potraktujemy te słowa poważnie i wyrwiemy je z kontekstu, mogą brzmieć niestosownie. Nie zastanawiałem się nad tym - „cymes geszeft” odkąd pamiętam należy do moich ulubionych powiedzonek. Jak mi się coś uda, zawsze mówię „cymes geszeft”. Nie należy interpretować tego utworu zbyt dosłownie. Jest wymierzony przeciwko banksterom, a nie społeczności żydowskiej. Uważam po prostu, że jeżeli ktoś bierze kredyt na pięćset tysięcy i płaci po trzydziestu latach osiemset tysięcy, to można tę operację rzeczywiście nazwać kredytem. Jeżeli natomiast ma do spłacenia milion dwieście tysięcy - to można to potocznie nazwać lichwą. W każdym razie nie chciałem nikogo urazić.
Problem polega jednak na tym, że język nie jest przezroczysty. Jeżeli zestawimy takie określenia jak „lichwa”, „cymes geszeft” z nazwiskiem Rothschild, to nie pachnie to najlepiej.
R.M.: Nie popadałbym w przesadę. Do antysemityzmu jest mi bardzo, bardzo daleko. Nazwiska Rothschild użyłem metaforycznie, nie chodziło mi o konkretną osobę. Może to wyszło trochę niezręcznie. Jedyną grupą, którą chciałem urazić, byli banksterzy.
Nie był to jedyny niefortunny żart. Przypomnę wzmiankę na temat tarczy, którą krewny Obamy osłaniał się przed strzałami obcego plemienia. Siłą rzeczy reprodukujemy tu stereotyp czarnoskórego dzikusa, kogoś na niższym poziomie rozwoju.
P.D.: Ale jeżeli weźmiemy pod lupę działalność zagranicznych satyryków, np. Francuzów i Amerykanów, to stwierdzimy niechybnie, że jest ona dużo bardziej ostra i zjadliwa. Poprawność polityczną uważam za przegięcie. Moim zadaniem jest podrażnić, wbić szpileczkę. Satyryk jest jak windsurfer: czeka na okazję i jeżeli fala już się pojawi, rzuca się na nią.
Ale między histeryczną polityczną poprawnością a działaniem na szkodę tzw. „wykluczonych” czy dyskryminowanych jest chyba jednak różnica. No i pamiętajmy o kontekście: brytyjscy satyrycy są bardzo obrazoburczy, ale mówią do społeczeństwa, które jest na nieco innym etapie, jeśli chodzi o stosunek do obcości - niezależnie od ostatnich problemów.
P.D.: Ale czy kpiarz i szyderca ma być strażnikiem poprawności politycznej i ostrożności? Jakikolwiek kaganiec szkodzi wolności słowa.
R.M.: Zresztą braci Kaczyńskich też nazywano „kartoflami”.
Owszem, i nie uważam tego za zbyt zabawne czy eleganckie. Rzecz jednak w tym, że osoby niskie nie są w Polsce dyskryminowane.
R.M.: Myślę, że popadamy w pewną przesadę. Weźmy na przykład słowo „Murzyn”. Jest obecnie uznawane za niestosowne, a bardzo je lubię - oczywiście jeżeli nie jest używane w negatywnym kontekście.
Paweł Dłużewski i Ryszard Makowski (fot. archiwum prywatne) Paweł Dłużewski i Ryszard Makowski (fot. archiwum prywatne) P.D.: Wracając do Obamy - przy pisaniu tego materiału wspierałem się informacjami dotyczącymi jego rodziny. Wiem, że pielęgnuje on swoje korzenie i że wśród przodków ma osoby, które żyły właśnie w taki sposób jak wspomniany. Takie były więc fakty. Ale skoro jesteśmy już przy kwestii przekraczania granic: spieraliśmy się z Ryśkiem na temat pewnego żartu, który miał się pojawić podczas konferencji prasowej zaaranżowanej przez nas w trzecim odcinku. Miałem powiedzieć do jednej ze statystek: „Teraz pani w czerwonym!”.
Chodziło o nawiązanie do „małpy w czerwonym”, czyli wpadki Lecha Kaczyńskiego?
P.D.: Dokładnie tak. Rysiek zaoponował i żarcik nie przeszedł. Tłumaczyłem, że to tylko taki smaczek, że nie ma nic wspólnego z katastrofą smoleńską czy pamięcią po zmarłym prezydencie, ale było to na nic.
R.M.: Po pierwsze: ten żart niczego nie wnosił. Po drugie: zahaczanie w jakikolwiek sposób Lecha Kaczyńskiego, który zmarł w taki, a nie inny sposób, jest niepotrzebne.
P.D.: A pan co o tym sądzi?
Zgadzam się z tym, że żart niewiele wnosił, ale też nie uważam, że doszłoby tu do jakiegoś przekroczenia.
P.D.: No właśnie!
R.M.: I widzi pan: dlatego to jest taka trudna robota (śmiech).
Nie boją się panowie, że koniec końców będą brani nie za satyryków, a za agitatorów?
P.D.: Ja się boję panicznie, drżę!
R.M.: A ja się nie boję!
P.D.: Rzeczywiście jest cienka granica między żartami a podlizywaniem się władzy. Tym bardziej jeżeli program kończy piosenka o tym, że mamy nowy rząd. Musiałby pan widzieć nasze kłótnie.
R.M.: Też nie jestem za lizusostwem, ale jest różnica między podlizywaniem się rządzącym a akceptacją.
No tak, ale akceptacja jest letnia lub chłodna. Tutaj mamy jednak do czynienia z dość ciepłymi uczuciami.
R.M.: Każdy ma prawo do oceny. Może pan to traktować jako serwilizm. Ja się z tym nie zgodzę i tyle.
Paweł Dłużewski (ur. 1953). Artysta kabaretowy, przedsiębiorca i działacz społeczny. Debiutował w kabarecie studenckim Pod Psem działającym przy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Od 1988 r. członek kabaretu Pod Egidą. Występował w wielu programach telewizyjnych, m.in. na antenie TVP 2 oraz HBO. Jego specjalnością są parodie znanych postaci życia politycznego. Jest również autorem tekstów dla innych artystów estrady, m.in. Cezarego Pazury.
Ryszard Makowski (ur. 1955). Satyryk. W latach 1989-2001 członek kabaretu OT.TO, znany z gościnnych występów z kabaretem Pod Egidą. Jest absolwentem Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej. Tworzy teksty i muzykę. 7 stycznia 2001 rozpoczął własną działalność artystyczną. W latach 2003-2008 był dyrektorem Domu Kultury Praga w Warszawie. W listopadzie 2009 ukazała się jego pierwsza powieść, romans na wesoło - „Miłość czy Sport” (Grasshoper). Druga część powieści „Miłość czy pieniądze” ukazała się w kwietniu 2010 roku. Od grudnia 2012 jest współpracownikiem czasopisma „W Sieci”.
Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage „niedzielepolskie”.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


TV lectio divina - XIII niedziela zwykła 'A' (Mt 10, 37-42) Kocham Cie bardziej... Krzysztof Nurkiewicz - YouTube Tablety, aplikacje edukacyjne i Pearltrees - INSPIRACJE 2015 W mocy Słowa - XIII Niedziela zwykła (A) Historia pewnej miłości czyli tag About Us  WpogoniZaMarzeniami Nikt nie kocha Roksany Węgiel bardziej niż ona 28 czerwiec Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje Kubek wody do picia (BiblioSHOT na niedzielę) Kartky - Noce i dni (SzUsty Blend) Ewangeliarz OP - 2 lipca 2017 - (Mt 10, 37-42)

  1. TV lectio divina - XIII niedziela zwykła 'A' (Mt 10, 37-42)
  2. Kocham Cie bardziej... Krzysztof Nurkiewicz - YouTube
  3. Tablety, aplikacje edukacyjne i Pearltrees - INSPIRACJE 2015
  4. W mocy Słowa - XIII Niedziela zwykła (A)
  5. Historia pewnej miłości czyli tag About Us WpogoniZaMarzeniami
  6. Nikt nie kocha Roksany Węgiel bardziej niż ona
  7. 28 czerwiec Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje
  8. Kubek wody do picia (BiblioSHOT na niedzielę)
  9. Kartky - Noce i dni (SzUsty Blend)
  10. Ewangeliarz OP - 2 lipca 2017 - (Mt 10, 37-42)

Jezus aż 10 razy w tym fragmencie Ewangelii mówi 'KTO': kto kocha bardziej bliskich niż Mnie, kto nie bierze krzyża swego, kto straci swe życie z Mego powodu... 50+ videos Play all Mix - Nikt nie kocha Roksany Węgiel bardziej niż ona YouTube Alicja Szemplińska wypuściła nowego singla, a Roksana Węgiel dalej ma problemy z wytwórnią? - Duration: 8:53. Komentarz do XIII Niedzieli zwykłej (A) Jezus w dzisiejszej Ewangelii daje wymagające wskazania: „Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien…”. Nie chodzi tu o ... Każdy, kto zaczyna bardziej intensywnie korzystać z sieci i wykorzystywać dostępne w niej zasoby edukacyjne, staje wcześniej czy później przed tym samym problemem: twórczego nieładu w ... Kto kocha bardziej?? Kto jest większym flirciarzem, a kto bałaganiarzem?? Kto zje ostatnie ciastko, a kto zostawia skarpetki na podłodze?? Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedz w tym filmie. 2 lipca 2017 [Mt 10, 37-42] Jezus powiedział do swoich apostołów: «Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie ... I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci ... Category Music; Suggested by UMG NF - Time; Song Remember This; Artist NF; Licensed to YouTube by UMG (on behalf of NF Real Music); BMI - Broadcast Music Inc., LatinAutor, UMPI, ASCAP, LatinAutor ... Felicjan Andrzejczak - Kto kocha Cię (Kiedy Pada Deszcz) ... i dla kogo to może być? - Duration: 4:16. 54beno 112,813 views I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci ...